niedziela, 17 grudnia 2017

Zwykły życia bieg. Podlaskie powroty.


Pierwszy tydzień grudnia był bardzo intensywny. Trzy spotkania odpowiednio od siebie oddalone. Pierwsze, na własnym, podlaskim podwórku, w wypełnionej po brzegi bibliotece publicznej w naszym mieście. Bibliotece, która dzięki niezwykłej determinacji jej dyrekcji nabiera coraz piękniejszego wyglądu. Widać rozmach włożony w remont i rozbudowę, trud - odzwierciedlają zmęczone oczy siłaczki, która ruszyła w ruch wielkie koło marzeń o miejscu do czytania z prawdziwego znaczenia. I koło podtrzymywane w ruchu wysiłkiem wielu ludzi, podjętych decyzji, uruchomionych procedur nabiera zawrotnego pędu.

Spotkanie - trochę inne ​niż wszystkie. Z przymrużeniem oka i wielkim humorem. Taka była koncepcja i zamysł Ani, prezesowej wydawnictwa Od Deski Do Deski. W roli przepytywanych: Blondynka i Brodacz, czyli podlaska autorka w mojej osobie i dziennikarz, pisarz i reporter Tomasz Sekielski, prywatnie mąż Pani Prezes. :) Nie było sztywnych pytań: "Co autor miał na myśli?" za to mnóstwo drobnych dygresji, zdradzanych naszych autorskich sekrecików, upublicznienie niewinnych naszych wad i słabości.  Czyli tak normalnie, po ludzku. Znajomi dopisali jak zwykle, Ich obecność po raz któryś z kolei daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa, bo przecież to już wyświechtany slogan, ale wszyscy wiemy, że "najtrudniej być prorokiem we własnym kraju". Zgrzeszyłam czekoladkami. Od Melanii. To już też tradycja. Dzięki Mela, że dbasz o moje słabości i moją słabą wolę. Wielkie dzięki! 



Tak... Koty... Szybko obiegła je wieść o tym, że na chwilę pojawiłam się w moim domu na wsi. I jeszcze, że nie ma ze mną Tośka. Bal na całego! Krótka noc, koty i ja. Nie dały się już wyprosić z domu.
No dobra, przyznam się, niech będzie... Spałam z Frankiem... Odkrył przyjemność dotyku i głaskania. Chyba mu się spodobało. Usnęłam z jego mruczącą melodią przy uchu. Drań uciekł gdzieś nad ranem. I niewdzięcznik, sprowadził pchły. Przynajmniej tak powstała moja teoria spiskowa na temat Franka swędzącym porankiem, choć przyznam szczerze, żadnej pchły szachrajki nie widziałam.  Następnej mruczącej opowieści Frania wysłucham w Boże Narodzenie. On tego nie wie. Ja wiem i było mi przykro, że ta noc z Frankiem jest taka krótka. Nieuchronna w świt. Na szczęście dla niego czas istnieje inaczej niż dla mnie. W rzeczy samej taki Franek jest nieśmiertelny, bo pewnie nie wie co to śmierć. Nie ma jej świadomości. Żyje dniem dzisiejszym. Nieraz myślę, że chciałabym być takim Frankiem przywiązanym do obecnej chwili i swego jednego miejsca na ziemi. Krótkie noce skłaniają mnie do niemądrego filozofowania...



Odjeżdżam. Patrzą obrażone. Odchodzą z godnością z uniesionymi dumnie ogonami. Nie nabiorą mnie na plewy. Za stary wróbel jestem. Nie wpędzą w poczucie winy. Wiem, że mają się dobrze (lodówka pełna puszek) i worek suchej karmy. Dba o nie co najmniej kilka osób. Nieformalnie mamy je z sołtysem do spółki. Poza tym, raczej na zamorzone nie wyglądają. Lubię, że są. Są częścią tego mego podlaskiego ładu, tęsknoty i dzikości, są częścią tego świata, który z daleka - wydaje mi się jak reszta Polski. Dopiero gdy przyjeżdżam po długiej nieobecności widzę, że to ciągle całkiem inny świat.  I kocham. 

całość doczytajcie na: http://www.korzeniewska.com/blog/zwykly-zycia-bieg-podlaskie-powroty

niedziela, 19 listopada 2017

November 18th, 2017


Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go na życie cudzym życiem. Nie dajcie się schwytać w pułapkę dogmatu, która oznacza życie według wskazówek innych ludzi. Nie pozwólcie, by szum opinii innych zagłuszył wasz wewnętrzny głos. I co najważniejsze, miejcie odwagę iść za głosem swojego serca i intuicji. Wszystko inne jest mniej ważne”Steve Jobs

Tak mi w oczy wpadł ten cytat i postanowiłam się z Wami nim podzielić...

Ale nie to jest tematem dzisiejszego posta. To znaczy, o tym przy okazji. Pamiętać te słowa trzeba i codziennie sobie je powtarzać. Ale dziś bardziej chcę napisać o tym, że jest mi niezręcznie po tak długiej nieobecności wracać do blogowania. Nie wiem, którymi drzwiami wejść i jak się zachować, jak Was powitać. Post ten będzie bardzo chaotyczny, jak zwykle po długiej nieobecności. Po nim pójdzie już bardziej gładko, zwłaszcza, że w zanadrzu mam wiele różnych tematów. Już za chwilę, za dzień, za dwa z nimi pojedziemy.
To, że mnie nie było, nie znaczy, że się obijałam. W międzyczasie dużo pracuję, ale też dużo siedzę na Facebooku. To prawda, biję się w piersi. Pęd życia wymusza na mnie te krótkie formy twórczości, dzielenie się myślami, a forma portali społecznościowych bardzo to ułatwia wciągając nas w spiralę uzależnienia. I nie wiadomo kiedy, zasypiasz i budzisz się z twitterem, fejsem i instagramem przy poduszce. I ten świat, wydumany w pewnym sensie, nierzeczywisty zasysa Cię nieraz aż na dno i ludzie zaczynają go mylić z realnym życiem. I są zawiedzeni, że mają tysiące znajomych, a na rzeczowe zapytanie, czy prośbę o pomoc, odpowiada taka znikoma liczba osób... I wtedy przywracają sprawom ich należyte miejsce i wartość. Budzą się ze snu. Ze mną nie jest na szczęście jeszcze tak źle, wiele rzeczy sobie już dużo wcześniej uzmysłowiłam, wiele sądów obaliłam, wiele przekonań przewartościowałam. I Facebook mnie nie zwiedzie złudzeniami i nie wyprowadzi na manowce zręcznie ustawianymi algorytmami, I za wiele nie oczekuję po papierowych, facebookowych znajomościach i tym bardziej miło, gdy trafiam na fajnych ludzi. Ale nie próbuję niczego oczekiwać, ani sama nie prezentować roszczeniowych postaw. 
​Staram się by to media społecznościowe służyły mi, a nie odwrotnie, choć na pozór może to różnie wyglądać. 

Ale wracam do meritum mego dzisiejszego wpisu. Czyli kajam się, kajam się, kajam...
W dodatku coś się stało i nie mogę newslettera do Was wysyłać, czekam, aż mój syn rozwiąże mój problem. 

Tytułem usprawiedliwienia, powiem, że naprawdę dużo pracuję. Sieję, sieję, sieję, i choć jeszcze nie zbieram, to już zaczynam widzieć wschodzące efekty mojej pracy. 
Niedawno były targi książki w Krakowie. Niedługo znów wyjazd do Polski na kilka dni i parę spotkań. W międzyczasie ciągnę kilka projektów (w rożnym tempie, z rożnym skutkiem):
- nowa powieść (nie zaglądałam doń od tygodni...)
​- książka dla dzieci (o przygodach pewnego pieska w Unii Europejskiej)
- zbiór opowiadań emigracyjnych, częściowo z pierwszej książki (dojrzałam w międzyczasie) plus inne nowelki,
- tłumaczenie na język francuski (znalazłam parę fantastycznych tłumaczy! Specjaliści od literatury porównawczej: polsko - francuskiej)
i takie tam inne drobiazgi... 

Za tydzień po raz pierwszy będę w Mons (Belgia) na wieczorze literackim, poprzedzającym miejscowe targi (ponoć największe w Walonii) jako jedyna Polka. W ostatni poniedziałek, po raz pierwszy zadebiutowałam na antenie belgijskiej rozgłośni RCF Radio Liege. I najśmieszniejsze jest to, że bardziej byłam zestresowana moim "drewnianym" francuskim, niż tym, że siadam przed mikrofonem. Zauważyłam, co mnie bardzo ubawiło, że mikrofon działa na mnie wręcz kojąco. Gdy założyłam słuchawki na uszy i ustawiłam go odpowiednio, wszystkie wątpliwości uleciały, a ja jak zwykle nie mogłam zapanować nad moim gadulstwem. Ja, która przez pół życia myślałam o sobie, że jestem nieśmiała! Nie bez znaczenia był fakt, że prowadzącą była przesympatyczna Pani Elżbieta Dedek, pianistka, zdobywczyni tegorocznej statuetki Polak Roku w Belgii, honorowa obywatelka Rawy Mazowieckiej i... Madagaskaru! Niezwykle barwna osoba. Myślę, że nasza znajomość jest zaczątkiem głębszej relacji. A wszystko za sprawą innej artystki, niezwykle utalentowanej i pełnej kobiecego wdzięku Nary Noian, mieszkającej i tworzącej w Belgii (a wcześniej we Francji) pianistki i piosenkarki pochodzenia armeńskiego. I tak dochodzimy do tego, jak ludzie doprowadzają nas do innych ludzi. Zawsze to głosiłam, ze jesteśmy dla siebie nawzajem największą wartością i niejedno spotkanie w zdawałoby się dość błahych okolicznościach może zaważyć na naszym dalszym życiu... 
Grafik na zbliżające się miesiące i trochę muzyki po kliknięciu tutaj: http://www.korzeniewska.com/blog/november-18th-2017